Tu i teraz

Przekopując się przez tomy książek dotyczących samodoskonalenia możemy bardzo często spotkać się ze stwierdzeniem „tu i teraz”. Autorzy tych publikacji namawiają nas do tego, by żyć w teraźniejszości, a nie tak jak najczęściej nam się zdarza poruszać w przeszłości rozpamiętując przeszłe wydarzenia, czy w przyszłości planując, co będziemy robić. Obietnice są takie: jeśli uda ci się być w teraźniejszości to uzyskasz dostęp do wewnętrznej mocy, która przyspieszy wszystko to co robisz nadając myślom moc natychmiastowej materializacji.  Jeśli komuś na tym zależy to dołoży wszelkich starań, by uzyskać dostęp właśnie do tego wewnętrznego źródła. Ale zastanówmy się przez chwilę, w jaki sposób tego dokonać. No, bo co tak naprawdę oznacza żeby być „tu i teraz”? Wypowiedzieć coś jest łatwo, ale dla kogoś, kto nawet ma jakieś pojęcie o rozwoju duchowym może się to okazać nie lada problemem nie tylko żeby być w teraźniejszości, ale żeby zrozumieć jak to się robi.

Spróbujmy prześledzić, zatem co trzeba robić, żeby być tu i teraz. Jeśli mamy być teraz i nie myśleć ani o przeszłości, ani o przyszłości tylko być, to możemy albo o czymś myśleć, albo nie. Najpierw zajmijmy się nie myśleniem.

Wiele systemów medytacyjno-rozwojowych kładzie akcent na stan niebytu, czyli nie myślenia o niczym. Wystarczy po prostu być i wtedy człowiek stapia się z boskością, która jest w nim głęboko zakorzeniona. Ale zwrócić należy uwagę, na fakt, że ten stan osiągają ludzie po wielu latach bardzo żmudnych i ciężkich ćwiczeń. Dla kogoś, kto nie jest za bardzo w temacie nawet samo pomyślenie o tym, że można być w stanie, kiedy nie myślimy może wydawać się może nie tyle absurdalne, co niemożliwe. Czy zatem istnieje jakiś inny sposób na to by żyć w teraźniejszości czerpiąc obficie ze skarbca energetycznego potrzebne nam zasoby?

Jeśli nie myślenie nie jest jedną drogą, to inną może być myślenie. Ale jeśli nie o przeszłości, ani o przyszłości to, o czym? Według koncepcji najbardziej rozpowszechnionej ( lub tej najlepiej mi znanej ) powinniśmy myśleć, czy raczej analizować swoje emocje. Analizując własne odczucia, biorąc je pod lupę własnego osądu zaczynamy pracować nad tym, co jest, a nie nad tym co było, czy co będzie ( choć pośrednio kreujemy swoją przyszłość i uzdrawiamy przeszłość w taki właśnie sposób). I muszę powiedzieć, że analiza własnego zachowania własnych emocji to bardzo pożyteczna lekcja, która pomaga nam zrozumieć lepiej nie tylko nas samych, ale również otaczający nas świat. Ale nie rozwiązuje ona wystarczająco zagadnienia przebywania w teraźniejszości. Albo przynajmniej mnie się to jeszcze w ten sposób nie udało (albo tego nie dostrzegłem).

Analizując całe zagadnienie dalej warto w końcu zastanowić się, czym tak naprawdę jest przebywanie w teraźniejszości. I jeszcze jedno. Nieistotne jest czy czas linearny istnieje rzeczywiście, czy nie. Żeby logiczny umysł zrozumiał, o co chodzi musi wiedzieć ile czasu trwa przebywanie w teraźniejszości. Chwilę? Ułamek sekundy? A może to cała wieczność. Słowa, słowa, słowa. Semantyka, która nic nie wnosi do dalszych rozważań( a może wnosi wszystko?). Bycie tu i teraz to znalezienie się w tej chwili, kiedy zatracamy poczucie czasu i jesteśmy. Po prostu. Takie podsumowanie znajdziemy w większości wypowiedzi, książek, lub inaczej – to kwintesencja tego, co wiemy na temat teraźniejszości. Powąchaj kwiat i zachwyć się, zachwyć się cudownym śmiechem dziecka, a będziesz w tej niepowtarzalnej chwili, którą teoretycy duchowości i praktyczni wykonawcy nazywają teraźniejszością bycia. Szczerze? Tak szczerze, to zrozumieć to może chyba tylko ten, kto doznał już stanów zmiany świadomości, oświecenia, czy jak tam to nazwiemy. Bo dla przeciętnego zjadacza chleba wszystko to jest trochę niejasne. Ja przynajmniej tego nie rozumiem. A wiele bym dał, by móc powiedzieć: Wiem! Eureka!! I już nie jestem tumanem!!
Wydaje się jednak, że przyjdzie mi na to jeszcze trochę poczekać. Nie wiem ile. Pewnie do momentu, aż nie nauczę się koncentrować tak mocno ( a zarazem niemocno, bo nic na siłę), żeby „wskoczyć” w jedną małą chwilkę, poczuć nagle tu i teraz, uwolnić moc, kierując ją jednocześnie na cel, dla którego właśnie w takiej konfiguracji się znalazłem.

Wszystko wskazuje na to, że zanim to nastąpi nie pozostaje mi nic innego jak tylko zwalniać, kiedy sobie o tym przypomnę, zatrzymywać się, kiedy to tylko możliwe, żeby poczuć piękno otaczającego mnie świata i zachwycać się nim ot tak po prostu. I wtedy, kiedy będę już gotów, kiedy dorosnę do tego, by dane mi było skosztować słodyczy otworzą się przede mną bramy zrozumienia i zniknie zasłona niewiedzy. Wtedy zatrzyma się czas i uwolnię swoją moc.

Jest jeszcze tylko jedno małe pytanie, na które warto poszukać odpowiedzi. Po co? Po co to wszystko, po co szukać takiej chwili? Po to, by się nią zachłysnąć? Po to, by udowodnić sobie, że mnie na to stać? Myślę, że tak, że właśnie po to. Ale myślę jednocześnie, że również po to by zrozumieć więcej. Zrozumieć więcej na temat swój i otaczającego mnie świata. Zrozumieć siebie, bo jeśli stać mnie będzie na to, żeby, choć na chwilę, nawet pozornie zatrzymać płynący czas, to czyż nie będzie to oznaczało, że tkwi w nas jakaś niepojęta jeszcze do końca siła, która czyni nas potężnymi w swej konstrukcji? Ale zanim nastąpi ta chwila pozostaje mi tylko wąchać kwiaty i to niekoniecznie od spodu.