Hartowanie stali
Zdecydowałem się na nieco kaskaderski krok – na wyprodukowanie Sukcesu. Zdefiniowałem go na poziomie, według którego osiągnięcie tego, co pozornie niemożliwe stanie się faktem. Nie próbowałem nawet zastanowić się nad tym, co jest możliwe, a co nie. Tak naprawdę nie zastanawiałem się nawet nad tym, czym jest ten Sukces dla mnie. Wyznaczyłem cele. I wyruszyłem w podróż nie zdając sobie sprawy z tego jak wiele będzie to mnie kosztowało. Kości zostały rzucone, gra się rozpoczęła. Pierwsze podjęte próby zakończyły się powodzeniem. Coś tam zagrało – to działa! I nawet nie było tak trudno. Kolejny krok to wytyczenie kolejnych szczytów do zdobycia. I nagle jak grom z jasnego nieba – porażka. Nie udało się. Zostałem odrzucony. To boli. Nie tak, żeby nie dało się wytrzymać, ale boli. Nie lubię bólu. Dążę do spełnienia – uciekam od bólu. Naczytałem się Anthonego Robbinsa, więc wiem, że to tak działa. Uciekam od bólu. Uciekając stawiam sobie coraz większe cele, coraz poważniejsze, wszak przyjemność płynąca z ich realizacji ma rekompensować trud, znój i pot wyprodukowane na drodze do ich realizacji.
I znowu boli! Znowu porażka. Ból jest coraz większy, i nie dziwi słonia trąba – mam swój rozum i wiem, że jeśli większy cel to i porażka bardziej boli. Zaciskam zęby i idę do przodu. To nic, że boli, dam radę – jestem twardy. Jak mówi mój przyjaciel – „żelazo nie klęka”. Przypominam sobie te słowa i te, że to, co nas nie zabije to nas wzmocni. Jestem bohaterem. Nie takim z pierwszych stron kart historii, ale takim dla siebie. Pokonuję swoje słabości. Świat i tak kiedyś się o tym dowie. Moje imię zostanie wydrapane paznokciami w skale. Dojdę tam. Nawet na kolanach.
Mija okres bliżej nie sprecyzowanej podróży Słońca wokół Galaktyki. Jestem na swojej drodze. Pewne sprawy się poukładały, pewne rzeczy się zmieniły...na gorsze. Parę drobnych sukcesów przysłoniły chmury niepowodzeń. Znów poczucie odrzucenia i braku zrozumienia. Czy było warto? Patrzę w Niebo i pytam po raz kolejny, czy było warto? Gdybym wiedział o tym, że będzie tak ciężko wcześniej...no właśnie...co bym zrobił? Nie wyruszyłbym w tą podróż? Zaciskam zęby, a dziąsła krwawią. Zrobiłbym to samo. Zrobiłbym dokładnie to samo. Kończę kolejne piwo, dopalam ostatniego dzisiaj papierosa. Juto będzie kolejny dzień. Lepszy. Jutro będzie kolejny dzień z reszty mojego życia – słyszę jak przez mgłę. Jutro będzie inaczej.
Wstaje jutro, a ja razem z nim. Czekam na cud. I wydarza się...tylko nie taki na jaki czekałem. I znowu ból. Odrzucenie, porażka. Na Boga, kiedy w końcu ruszą dla mnie dni?
Mija kolejny szmat czasu. Kolejne cele, już po setnej analizie – te będą lepsze, i te się szybko zrealizują. Tak bardzo pragnę ich realizacji. Pragnienie jest tym kluczem. Więc pragnę. I nagle jest już lepiej. Wydarzają się rzeczy, na które czekałem. No prawie, bo nagle w momencie, w którym wydawałoby się, że już wszystko pójdzie jak po przysłowiowym maśle pojawiają się nikomu niepotrzebne grudy. Kurwa mać! Mam tego dosyć! Płaczę. Płaczę łzami. A można płakać inaczej? Można. Zapewniam, że można. To płacz duszy i łzy są wtedy zbyteczne.
Siadam na ławce w parku i myślę, co robię nie tak. Myślę ile jeszcze razy będę musiał upaść i ile razy podnieść się po upadku, żeby móc stanąć i iść, później biec i w końcu lecieć!
„Krew, pot i łzy”. Tak słyszałem, że tak trzeba. Jestem geniuszem uzmysławiając sobie, że moje własne słowa brzmiały: „jeśli będzie trzeba będę się czołgał po tłuczonym szkle”. No i się czołgam, tylko nie wydawało mi się, że czołgając się po szkle trzeba będzie znosić ból. Cóż za ignorancja! Nie umiałbym iść dalej gdyby nie Ty. Błogosławię Twoje imię. Kocham Cię. Będziesz moją żoną. Zawsze byłaś.
Mijają lata. Porażka wtapia się w mój pejzaż jak mucha siadająca na przysłowiowym gównie. Te małe porażki są już śmieszne. Ignoruję je. Te duże dają w kość. Bolą. Ale o dziwo! Można się do tego bólu jakoś przyzwyczaić. Tylko, żeby mieć siłę iść dalej. Albo żeby zrozumieć, że to, do czego się zmierza nigdy nie istniało i że rację mieli ci, którzy zapewniali o tym, że nie warto. Nie warto tak bardzo się kaleczyć, że lepiej pomału, a najlepiej bezpiecznie, rozsądnie. Myślę o tym i jednocześnie proszę Boga o to by nigdy, przenigdy nie pozwolił mi na utożsamienie się z przeciętnością, z miernotą, ze stagnacją. Może inaczej – by pomógł mi nie utożsamić się z nimi, z tymi dziewicami cefalizacji wstecznej. Wiem wszak, że piłka właściwie zawsze jest po mojej stronie i muszę działać nie oglądając się na cuda. A może? Może, chociaż takie niewielkie, minimalne Panie? Cisza. I cisza zaległa w domu bożym.
Pokonuję kolejne etapy idąc do celu. Do celu prowadzą cele składające się z podceli tak, że już bokiem mi wychodzi słowo cel. Tym bardziej, że czuję się momentami jak Rocky Balboa okładany z każdej strony przez Apolla w pierwszych rundach walki. Myślę, kiedy przyjdzie ta ostatnia runda, w której powalę przeciwnika na dechy i zatriumfuję. Obolały, obity jak świnia maltretowana w rzeźni, ale z absolutnym poczuciem tego, że żyję. Nie zazdroszczę świniom w rzeźni. Może, dlatego staram się nie zżerać ich mięcha.
Kolejne dni, lata, miesiące. Realizuję mój plan. Zaczynam działać jak robot, bezdusznie. Jak się uda – to dobrze, jak nie to przecież i tak poradzę sobie i tak nic mnie nie złamie. Na horyzoncie widzę jaskółki. Zapowiadają wiosnę. Będzie dobrze, choć jeszcze jest całkiem do dupy. Ale tylko pozornie.
I nagle przychodzi na chwila. Ten dzień. To było wczoraj. Przychodzi kolejna odmowna odpowiedź. Moje starania spełzły na niczym, mój plan legł w gruzach. A ja, co? Śmieję się! Stop – mówię do siebie. Zwariowałeś? Kolejna porażka i to dosyć wydawałoby się poważna a ty się śmiejesz? Zgłupiałem? Zamiast martwić się, że znowu ktoś mnie odrzucił, że ktoś nie chce pomóc mi w osiągnięciu tak upragnionego szczytu staję i mówię: „I TAK OSIĄGNĘ CEL. I ZROBIĘ TO NA PEWNO. ZOSTANĘ GWIAZDĄ. BĘDĘ WIELKI – WIEM, ŻE TAK BĘDZIE”. I zrozumienie spływa na me lico, na mą duszę, ma moją istotę jak leczniczy balsam na boląca ranę. TO JEST ZWYCIĘSTWO!!!!! Teraz będzie już tylko lepiej. Zrozumiałem. Dojrzałem. Umiem poradzić sobie z porażką. Mało tego. PORAŻKA MNIE MOTYWUJE DO DZIAŁANIA!!!! Tyle lat, tyle przeżytych doświadczeń, żeby nauczyć się działać według książkowego schematu, który mówi, że jeśli się coś rozsypało, to nie zwracaj na to uwagi i idź dalej. Nie pozwól na to, by coś mogło doprowadzić cię do smutku, do apatii, do zniechęcenia. Uczyń przeciwność losu paliwem do dalszego działania. Zrozumiałem i poczułem to, o czym wcześniej tylko czytałem.
Czym zatem jest to wszystko – te pasma niepowodzeń, te porażki, ten ból? Doświadczeniem pozwalającym stworzyć z chłopca - mężczyznę, z dziewczynki- kobietę, z giermka- wojownika. To błogosławieństwo. To narzędzie do tego, by z miękkiego materiału uczynić stal.
